Nauka przedstawiająca cz. 6

Zdarza się nieraz, że nauczyciele z jakiegoś indywidualnego fałszywego upodobania robią jakieś semazjologiczne różnice w użyciu wyrazów, których w języku niema, i przeprowadzają je z pedantyczną konsekwencją. Często mają także swoje ulubione formy, których z lubością używają n. p. znaliśmy nauczyciela, który, doszedłszy do przekonania, że trzeba mówić mieszać, mieszkać, wysilał się przesadnie, aby wymawiać nosówkę w tych wyrazach. Młodzież w mig wychwytuje takie uwidzenia i naigrawa się z nich. Nauczyciel dobrze postąpi, jeżeli, pochodząc z innej okolicy jak jego uczniowie, zastosuje się do języka swych uczniów. Sposób wykładu prosty i naturalny najwięcej odpowiada celowi. Młodzież nie znosi szumnych frazesów i bombastycznego wysłowienia np. jeżeli nauczyciel nazwie pieśń Bogarodzica „starożytną monstrancją z zapylonego skarbca wyniesioną” i na tej przenośni jeździ przez cały przeciąg wykładu, to wywołuje śmiech u młodzieży. Ludzie dojrzali łatwiej odróżniają wartość treści wykładu od wartości zewnętrznej formy. Mniej reflektująca młodzież potępia w czambuł i odpycha wykład, którego forma jest jej niesympatyczną.

Co do zapamiętania treści wykładu nie potrzeba chyba na tym miejscu dawać osobnych przepisów. Że i w tym względzie potrzebne jest przygotowanie, samo się przez się rozumie. Ponieważ nauczyciel powinien wszystko robić lepiej, pewniej i poprawniej, niż uczniowie, nie wolno mu utknąć w wykładzie, nie wolno mu okazywać zakłopotania z powodu niemożności utrzymania wątku. Ażeby z całą swobodą wykładać, trzeba panować nad treścią. Swobodę zaś daje dobre przygotowanie. Nauczyciel, którego pamięć co chwilę zawodzi i który musi zaglądać do książki lub robić w wykładzie niedobrowolne przerwy, gorszy swoich młodych słuchaczów i obniża swą powagę.

Wreszcie zależny jest skutek wykładu od sposobu wygłoszenia go. Początkujący nauczyciel popada nieraz w ten błąd, że wygłasza wykład tak, jakby go miał dla siebie, a nie dla słuchaczów. Zapomnieć o tym, że wykład nie jest monologiem czyli głośnym myśleniem mówiącego, wypowiadanym na deskach teatralnych, ale że jest właściwie dialogiem, w którym słuchacze choć milczą, są także współczynni, słowem wykładając myśleć razem ze słuchaczami, umieć czytać w ich oczach, czy rzecz już rozumieją, czy też dobitniej trzeba ją wyłożyć, jest sztuką, którą nauczyciel nabywa w miarę, jak się zrasta ze swoim otoczeniem i zadaniem. Im kto więcej pamięta o tym, że nie wykłada dla siebie ale dla uczniów, im więcej się stawia na ich stanowisko, tym łatwiej mu będzie utrzymać wykład w stosownym tonie swobodnej pogadanki. Dzisiejsze czasy tak mało okazują interesu dla retoryki, że nieraz wykładający drwią sobie z najelementarniejszych jej przepisów, a publiczność zmuszoną jest słuchać wykładów w najnędzniejszej formie wygłoszonych. Nie rzadko się zdarza, że wykładający dla własnej wygody nie sili się nawet głośno mówić, tak że słyszą go tylko najbliżej siedzący słuchacze. Chociaż wykłady w kształceniu wychowawczym nie wskrzeszą zapewne dawniejszego upodobania do pięknych przemówień, to mogą przynajmniej przyczynić się do wywołania w młodzieży przekonania, że słuchający ma prawo wymagać od wykładającego sumiennego i dokładnego przygotowania się na formę zewnętrzną, że źle wygłoszony wykład jest krzywdą i obrazą wyrządzoną słuchaczom.